jQuery Menu by Apycom
 Witamy gościa.
Prosimy o zalogowanie się.

Użytkownik
Hasło
Zapamiętaj mnie 


Starsze wpisy
Dodano 2011.10.03 09:51
Autor: rommer
Nocne Harce Rowerowe czyli II Nocny Maraton MTB
Nocne Harce Rowerowe czyli II Nocny Maraton MTB

Chcąc nie chcąc, na polecenie Prezesa naszego Stowarzyszenia, piszę tą krótką relację z Nocnych Harców Rowerowych jakie miały miejsce 1 października 2011, czyli w minioną sobotę. Właściwie powinien ją zredagować Kazek K., bo ma ładny charakter pisma, ale zaparowały mu okulary   pomimo kilku warstw środków antifog. Oficjalna nazwa to oczywiście

II Nocny Maraton MTB Niebieskim Szlakiem Czarnorzecko-Strzyżowskiego Parku Krajobrazowego.

Na mecie stawiło się dwunastu zroweryzowanych wspaniałych zawodników-członków KS Strzyżów MTB Team, oraz kilka osób z obsługi, które dojechały Fiatem Scudo oraz Roverem.

Start podzielono na dwa sektory odległe od siebie o kilkanaście kilometrów, ze względu na zróżnicowany poziom wytrenowania startujących. Mocniejsza grupa pięciu wspaniałych, wyjechała z Frysztaka punktualnie około godziny 18.30-18.41 i skierowała się mocnym tempem w kierunku Strzyżowa . Pogoda była jak z bajki o Czerwonym Kapturku ? temperatura odczuwalna 16 stopni na plusie, wilgotność powietrza 69%, wiatr bardzo słaby, niebo bezchmurne zaś nad horyzontem z lewej powoli dogorywało purpurowe niebo. Wszyscy byli uzbrojeni w komplet 400 watowego oświetlenia rowerowego, wykupionego masowo w hipermarketach. Słabsza grupa składająca się z zawodników obu płci, wyjechała ze Strzyżowa znacznie wcześniej i powoli zmierzała w kierunku Markuszowej. Tam na skrzyżowaniu dróg grupy połączyły się w jedną kolumnę honorową oświetloną od pleców do głów przeróżnymi świecidełkami. Maruderzy z drugiej grupy musieli teraz mocno przyspieszyć i na nic nie przydały się im rozmowy o lampkach i pogodzie, gdyż czołówka mocno gnała na Kobyle, gdzie mieliśmy wjechać w serce czeluści ? niebieski szlak.

Zaczęło się od ostrego skrętu w lewo w Kozłówku na jednym z trzech mijanych skrzyżowań, ale szybko okazało się że to jeszcze nie to miejsce i cała grupa sfrustrowana dowcipem Huberta S., obrała ponownie właściwą drogę. Jazowa tylko mignęła. Kobyle i z nudnego asfaltu wjeżdżamy na szutrówkę. Już po stu metrach zaczyna się coraz bardziej stromy podjazd i pierwsze problemy słabiej przygotowanych kolarzy ( bracia Sz. ). Szutrówka po 400 m staje się polną drogą tak stromą, że nikt nawet nie myśli o jechaniu na rowerze, wszyscy stąpają po ziemi zlani pierwszymi strumieniami potu. Mała polanka pozwoliła odetchnąć świeżym powietrzem, zrobić pierwszą wspólną fotkę i odśpiewać ,,sto lat? Michałowi K. Ciemność w lesie była całkowita ? oczywiście poza trasą, która wręcz iskrzyła naszymi lampkami i dobrym nastrojem. Widok całej tej harcującej watahy kolarskiej, mógł kojarzyć się z górnikami zasuwającymi czarnymi korytarzami kopalnianymi. Na szczytach mocniej powiewało, ale tylko z korzyścią dla rozgrzanych maratończyków, przynajmniej na początku. Na drugim postoju Kazek K. odczytał przewyższenie ? pokonaliśmy już 432 m w pionie i pozostało nam jeszcze jakieś 950 m.

W oczach Wojtka Sz. zbierało się coraz więcej kurzu, Maciek K. i Maciek K. ku mojemu zdziwieniu jechali na szpicy aż do bufetu. Jeszcze bardziej zadziwiły mnie panie z teamu, które nie poddawały się kamieniom na szlaku, zmęczeniu, ciemnościom tuż obok i mogącymi czaić się w nich groźnym wilkołakom ? mnie osobiście zaczęła rosnąć sierść pod pachami. Nie poddawały się też bólom głowy Łukasza Sz., który w agonii  po przejechaniu 8 km na szlaku, nakazał wszystkim wyłączyć  ,,te (?) czołówki?. Posłuszni woli Prezesa jechaliśmy kilkanaście metrów po omacku. Na trasie było kilka nieoznaczonych premii  górskich, ale nikomu nie udało się zaliczyć choćby jednej na rowerze. Kazek K., zaprawiony w boju na Słowacji i jeździe na orientację w Pruchniku, przecierał nam ścieżki nowymi oponami i najnowocześniejszą lampką w teamie. Na 11 km i niebezpiecznym zjeździe, Annie B.,  wpadło coś do oka zaś Piotr S. gwałtownie porzucił swój rower skacząc przez kierownicę. Uratował jednak swój cenny aparat i tym samym zdjęcia.

Około godziny 21.30 uświadomiliśmy sobie, że niebawem dojedziemy do bufetu i skończy się ten dziwny maraton ? a chciało by się jeszcze jechać.

Na ostatnim błotnistym zjeździe gdzie stał fotograf, nawoływaliśmy głośno Romka C., żeby rozpalał ognisko i rozlewał herbatkę.

Dotarliśmy na metę o 21.43.Przed nami zameldował się Piotr C. z numerem Startowym 14, na swoim stylizowanym na BMW K1200R bezdusznym rowerze.

Gromkimi brawami przywitaliśmy naszego Treneira Romka C. i jego towarzyszki, czekających na nas przy ognisku. Suto zastawiony stolik kempingowy szybko opustoszał - kiełbasa była pyszna, krówek aż za dużo a herbata cieplutka. Żeby nikt z uczestników nie czuł się opuszczony w relacji, to dodam, że Anna S. zjadła najwięcej.

Półtorej godziny przy ognisku i coraz bliżej północy, sprawiło że co niektórzy zaczęli się przemieniać, o czym dobitnie świadczą słowa Wojtka Sz. skierowane do Jacka Cz. : Jacku nie poznaję cię.

Starym sposobem zgasiliśmy ognisko o 23.15 i po kilku wspólnych fotkach rozjechaliśmy się do domów. Po drodze o mało nie rozjechał nas jakiś  kierowca Fiatem Scudo ;) .

W zimie idziemy na nogach tą samą trasą.

 

Chwalmy Pana, Brat Jacek.

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze
Zobacz również